Każdy ma swojego szefa
Znowu zaskoczenie. Tym razem Lars von Trier filmem, który jakoś przeszedł bez większego echa w Polsce, a premierę miał rok temu. "Szef wszystkich szefów", bo o nim mowa, mógł zniechęcić widzów reklamą, która podkreślała "komediowość' tego projektu. Hmmm...nie dziwię się, ktoś kto choć trochę zna von Triera będzie wiedział, że jego filmy raczej nie są do śmiechu, a nawet jeżeli takie momenty się pojawiają, raczej nie chodzi w nich o wywołanie efektu farsy,jest to wstęp przed zadaniem kolejnego ciosu.
Sama zresztą jakoś nie miałam ochoty go oglądać. Zmęczona Manderlay (2005), nie chciałam oglądać przekraczania przez von Triera kolejnych granic gry z definicją filmu, które są kosmetyką już a nie rewolucją.
W "Szefie wszystkich szefów" wszystkie moje oczekiwania runęły. Nie było nudy i nie było przewidywalnych historii. Taki oto pomysł na historię zaserwował nam reżyser...
Ale chwileczkę, zanim rozwinę losy bohaterów tak mniej więcej oczywiście, nie zniechęcając do oglądnięcia :)...
Muszę powiedzieć, że von Trier nie oparł się swojej dyktatorskiej naturze. Od początku ustawia się w pozycji demiurga, eksperymentującego z tym miałkim, śmieciarskim materiałem jakim są ludzie. Tacy nieracjonalni, tacy niepoważni i groteskowi. A sam film! Pamiętajcie, to na żarty, i na żarty jest też że to na żarty.
Tako rzecze von Trier.
Firma IT zajmująca się "zbyt skomplikowanymi dla normalnego człowieka zjawiskami" ma kłopoty, a właściwie nie sama firma, ale jej szef, który właściwie nie jest szefem...
Tutaj się zaczyna komplikować...
Ravn wmawia swoim pracownikom, że wszystkie decyzje: dobre i zazwyczaj złe podejmuje w firmie mityczny Szef. On sam jest szarą myszką w machinie korporacyjnej i podlega władzy Svena E. - Szefa, przebywającego w Stanach. Pomysł dobrze gra, pracownicy chodzą jak w zegarku, a stres i niechęć pracowników skupia się na tym, którego nigdy nie poznali.
Ravn jednak chce dobić targu z Islandczykiem, chce sprzedać mu firmę, razem z patentem na pomysł, którego właścicielami są pracownicy, do tego potrzebuje...Szefa.
Wynajmuje więc kiepskiego aktora, zakochanego w dramatopisarzu Gambinim (też mityczny?ja nie mogłam go znaleźć w internecie), który ma odegrać tą rolę, rolę swojego życia. Aktor zgadza się, lecz nie idzie mu za dobrze, przynajmniej tak się do pewnego momentu wydaje, von Trier doprowadza nas do wrażenia, że już o krok od porażki...
Film ten stwarza mnóstwo poziomów, na których można się poruszać.
Relacje między szefem, a pracownikami, między aktorstwem, a życiem, między twórcą, a materią, z której tworzy (nieważne czy jest reżyserem, czy aktorem, malarzem, muzykiem). Pokazuje jak bardzo jesteśmy uwikłani w nasze role i jak trudno nam nawet w sytuacjach wymagających tego zrezygnować z tego odgrywania "zawsze lepszych od siebie".
Film mógłby być podręcznikiem dla tych, którzy nie mają pomysłu na siebie. Jest kopalnią strategii socjospołecznych; i masz manipulację jawną, i ukrytą, i zgadzanie się na wszystko, i wściekłość wyładowywaną na innych. Każda z nich wywiera jakiś efekt, czasem pożądany, choć łudzimy się, że częściej niż czasem.
A postać, w którą wierzymy nagle robi coś, co wydaje się nie do pomyślenia z zewnątrz, tym czasem jest zgodne z jej wnętrzem, z fascynacjami głębokimi, zapatrzeniem.
Ciekawy motyw to relacje islandzko - duńskie (Islandia uzyskała niepodległość wobec Danii dopiero w 1918 roku), które obrazują w filmie negocjacje między firmą IT, a Islandczykiem, który chce ją kupić; cały czas narzekając na opieszałość Duńczyków, na ich prostactwo, co popiera słowami, że "lepiej nie handlować z pachołkami", okraszone to zostaje mało wyrafinowanymi przekleństwami, które jednak dość jasno pokazują gdzie ma Duńczyków.
Sama zresztą jakoś nie miałam ochoty go oglądać. Zmęczona Manderlay (2005), nie chciałam oglądać przekraczania przez von Triera kolejnych granic gry z definicją filmu, które są kosmetyką już a nie rewolucją.
W "Szefie wszystkich szefów" wszystkie moje oczekiwania runęły. Nie było nudy i nie było przewidywalnych historii. Taki oto pomysł na historię zaserwował nam reżyser...
Ale chwileczkę, zanim rozwinę losy bohaterów tak mniej więcej oczywiście, nie zniechęcając do oglądnięcia :)...
Muszę powiedzieć, że von Trier nie oparł się swojej dyktatorskiej naturze. Od początku ustawia się w pozycji demiurga, eksperymentującego z tym miałkim, śmieciarskim materiałem jakim są ludzie. Tacy nieracjonalni, tacy niepoważni i groteskowi. A sam film! Pamiętajcie, to na żarty, i na żarty jest też że to na żarty.
Tako rzecze von Trier.
Firma IT zajmująca się "zbyt skomplikowanymi dla normalnego człowieka zjawiskami" ma kłopoty, a właściwie nie sama firma, ale jej szef, który właściwie nie jest szefem...
Tutaj się zaczyna komplikować...
Ravn wmawia swoim pracownikom, że wszystkie decyzje: dobre i zazwyczaj złe podejmuje w firmie mityczny Szef. On sam jest szarą myszką w machinie korporacyjnej i podlega władzy Svena E. - Szefa, przebywającego w Stanach. Pomysł dobrze gra, pracownicy chodzą jak w zegarku, a stres i niechęć pracowników skupia się na tym, którego nigdy nie poznali.
Ravn jednak chce dobić targu z Islandczykiem, chce sprzedać mu firmę, razem z patentem na pomysł, którego właścicielami są pracownicy, do tego potrzebuje...Szefa.
Wynajmuje więc kiepskiego aktora, zakochanego w dramatopisarzu Gambinim (też mityczny?ja nie mogłam go znaleźć w internecie), który ma odegrać tą rolę, rolę swojego życia. Aktor zgadza się, lecz nie idzie mu za dobrze, przynajmniej tak się do pewnego momentu wydaje, von Trier doprowadza nas do wrażenia, że już o krok od porażki...
Film ten stwarza mnóstwo poziomów, na których można się poruszać.
Relacje między szefem, a pracownikami, między aktorstwem, a życiem, między twórcą, a materią, z której tworzy (nieważne czy jest reżyserem, czy aktorem, malarzem, muzykiem). Pokazuje jak bardzo jesteśmy uwikłani w nasze role i jak trudno nam nawet w sytuacjach wymagających tego zrezygnować z tego odgrywania "zawsze lepszych od siebie".
Film mógłby być podręcznikiem dla tych, którzy nie mają pomysłu na siebie. Jest kopalnią strategii socjospołecznych; i masz manipulację jawną, i ukrytą, i zgadzanie się na wszystko, i wściekłość wyładowywaną na innych. Każda z nich wywiera jakiś efekt, czasem pożądany, choć łudzimy się, że częściej niż czasem.
A postać, w którą wierzymy nagle robi coś, co wydaje się nie do pomyślenia z zewnątrz, tym czasem jest zgodne z jej wnętrzem, z fascynacjami głębokimi, zapatrzeniem.
Ciekawy motyw to relacje islandzko - duńskie (Islandia uzyskała niepodległość wobec Danii dopiero w 1918 roku), które obrazują w filmie negocjacje między firmą IT, a Islandczykiem, który chce ją kupić; cały czas narzekając na opieszałość Duńczyków, na ich prostactwo, co popiera słowami, że "lepiej nie handlować z pachołkami", okraszone to zostaje mało wyrafinowanymi przekleństwami, które jednak dość jasno pokazują gdzie ma Duńczyków.
