środa, 14 listopada 2007

Stróż nocny versus Straż nocna


Czekałam długo, żeby go obejrzeć. Rok temu, we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych Peter Greenaway kręcił Straż nocną. Było gorąco, hala Stulecia - stała, bluszcz zielony się rozplenił wokół, a przede mną stał koń, a na koniu siedział człowiek z stroju z epoki. Za nim grupka, w podobnym entourage właśnie korzystała z przerwy na papierosa...
aktorzy Greenawaya - zastanawiałam się dlaczego ich wybrał właśnie, przyglądałam się ich twarzom, ruchom, gestom...statyści? jakieś istotne postacie?
Jeszcze rok i zobaczę kto jest kim. To czekanie wydawało się męczące, czas dłuugi.
A tu wczoraj już, mogłam obejrzeć Straż nocną
W salonie kina ARS, czyli sali z czterema rzędami, i 20 miejscami...z huczącą nad głową machiną "nie wiem do czego".

Nie wiem czego się spodziewałam, ale jak się czeka tak długo, to zazwyczaj już później się nie wie...czy uderzyło? nie...nawet nie rozpoznałam aktorów, których widziałam we wrocławiu. przeciągnięte wyczekiwanie rozmyło wszystko i film był jedną z wielu rozrywek, jakie sobie funduje w tym tygodniu...

Jest długi. Trwa ponad dwie godziny, co wobec manifestów greenawaya o chęci zerwania z tradycją kina; miejsca, gdzie ludzie siedzą wgapieni w płaszczyznę i w ciemnościach upajają się emocjami bohaterów, wydaje się być prowokacyjnym zagraniem z tymi postulatami. Zresztą ostatnio często mi przyszło słuchać wynurzeń greenawaya w związku z jego wizytą w polsce i promowaniem filmu ukazało się kilka wywiadów, w których on uparcie twierdzi:CINEMA iS DEAD, co w wielu kontekstach wydaje się komiczne, a przede wszystkim zblazowano - prowokacyjne. Tak jakby nie chciało mu się już wymyślać jakiś nowych koncepcji tylko brnął w tą starą dosyć atrakcyjną, choć już niewiarygodną o tym, że my widzowie chcemy czegoś więcej.
może i tak, ale chcemy też tradycyjnych filmów, i on spełnia te potrzeby.

forma: peter g. jak zwykle igra z płaszczyzną, zafascynowany malarstwem, świadomy ograniczeń dwuwymiaru płaszczyzny, pozwala sobie na eksperymenty jedynie w jej wewnętrznej formie. tak więc sceny, otwierają się teatralnie przed nami, bez przesadzonych ogromnych zbliżeń, szalonych skoków kamery. tutaj panuje rygor wyznaczający przez granicę, gdzie kończy się ekran.

wszystko wobec tego staje się umowne, a przede wszystkim umowne są przestrzenie; domu, dachu, pracowni - są symbolem raczej pewnych miejsc, postacie pojawiają się w nich i znikają nadchodząc z dowolnych miejsc, nie ma tu dosłowności realizmu.

ciekawe momenty; rembrandt opowiadający historię bezpośrednio nam, widzom, zwrócony do nas, komentujący kolejne zakręty swojego życia.

sceny wybuchów wściekłości rembrandta, kiedy wyzywa wszystkich dookoła w bardzo zabawny sposób, posługując się wyrafinowanym ostrzem cynicznego poczucia humoru....

greenaway wydaje się tymi scenami mówić do drobnomieszczańskiej publiczności; oto rembrandt którego obrazy podziwiacie podczas niedzielnych wycieczek do muzeów, ale czy kogoś to rusza? to inna sprawa...

rembrandt - superstar, dla reżysera, ktoś pomiędzy mickiem jaggerem, a billem gatesem...wierny sobie, bezpretensjonalny, świadomy pewnych ograniczeń, wyciągający z nich maksimum (małżeństwo z dobrze ustawioną Saskią, którą w końcu tak jakby pokochał), żartowniś, tak pewny swojej pozycji, że nie zauważył niebezpieczeństwa (maluje portret żołnierzy w dość jasny sposób wskazując na to, że to wszystko blaga i banał, na obrazie rozwiązuje intrygę)

o polskim akcencie nie wspominam bo nie warto..zresztą dobitnie określił udział polskich aktorów sam greenaway mówiąc, że są w filmie, bo musieli być, takie były wymogi umowy producenckiej i szlusss

Komentarze (0):

Prześlij komentarz

Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]

<< Strona główna