To ja Silny!
"Wojna polsko-ruska" Xawerego Żuławskiego zmusiła mnie do reaktywacji bloga.
Zaniedbane miejsce, w które już przestałam wierzyć. Bo żeby blogować trzeba mieć cel i wiedzieć po co umieszcza się swój głos w sieci.
Potrzeba organizacji i dyskusji, sprawdzenia siebie, innych, walka z językiem, precyzją - chcę znowu spróbować.
Książka Doroty Masłowskiej wpadła mi w ręce kilka lat temu. Nie wyobrażałam sobie filmu, który mógłby powstać na jej bazie. Nadreprezentacja sfery językowej była tak przerażająca, że przełożenie go na wizualność kojarzyło mi się z pójściem w stronę banalnej historii o nieszczęśliwej miłości głównego bohatera Silnego.
Tymczasem Żuławski zrobił film, który nie dość, że oddaje absurd języka, którymi posługują się bohaterowie Masłowskiej, ale też uświadamia, że te postacie to nie sąsiad z przeciwka czy kolega z podstawówki. Silny to ja.
Pierwszy raz oglądając polski film nie miałam wrażenia, że pomiędzy mną a bohaterami jest ściana, że ja jestem w jakiś sposób o nich lepsza, bo należę do innej klasy. Tak, myślę, że to jest ważne w tym filmie, że zostaje przełamane wygodne, bezpieczne poczucie bycia odrębną klasą. Masłowska w trakcie filmu stwarza swojego bohatera, on jest wykwitem jej wyobraźni, jest częścią osobowości, która próbuje walczyć o swoje istnienie.
Świetne są sceny, w których Silny zdaje sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, że jest częścią jakiejś większej układanki, której nie może poddać kontroli. Kiedy pyta: po co istnieję? Kiedy zaczyna się niepokoić kobiecym głosem (masłowskiej), który podpowiada mu kwestie.
Wszyscy mówią polskie pulp fiction. Ten film ma ogromny potencjał, żeby stać się kultowym. Jest wypełniony scenami gotowymi do wycięcia i wstawienia w youtubie, do wklejenia na stronie z cytatami. Scena z uroczą satanistką, która w przypływie emocji wywołanych ulubioną piosenką lecącą z radia, wskakuje na kanapę i z rozwianym włosem i powiewającą białą firaną, która tworzy dla niej piękne tło, śpiewa, wygibując się na wszystkie strony a Silny podniecony rozwojem wydarzeń, aranżuje oświetlenie "sceny", pstrykając światłem tam i z powrotem ;)
I to jest bardzo nie w stylu polskich filmów. Także ogromna świadomość cytatów, kolejnych ujęć, które pojawiają się w sposób bardzo przemyślany, wciągający. Rozmowy między bohaterami, choć "masłowskie", trudne i chaotyczne, słucha się bardzo dobrze.
Jednocześnie ten film jest strasznie romantyczny jeżeli pamiętamy np. o Koterskim, albo o Wajdzie, Hasie?. Teksty Doroty brzmią w "Wojnie" bardzo romantycznie, razem z obrazem, wprowadzają rodzaj charakterystycznej poetyki, która przywołuje klimat klasyków polskiego kina, jakiejś melancholii, poczucia rozdrobnienia, niedopasowania, podwójnej rzeczywistości; jawy i snu, konfrontacji z marzeniem i jego natychmiastową destrukcją, brakiem przygotowania na spełnienie marzeń, brakiem wiary a jednocześnie nieustannej walki o nią...
Zaniedbane miejsce, w które już przestałam wierzyć. Bo żeby blogować trzeba mieć cel i wiedzieć po co umieszcza się swój głos w sieci.
Potrzeba organizacji i dyskusji, sprawdzenia siebie, innych, walka z językiem, precyzją - chcę znowu spróbować.
Książka Doroty Masłowskiej wpadła mi w ręce kilka lat temu. Nie wyobrażałam sobie filmu, który mógłby powstać na jej bazie. Nadreprezentacja sfery językowej była tak przerażająca, że przełożenie go na wizualność kojarzyło mi się z pójściem w stronę banalnej historii o nieszczęśliwej miłości głównego bohatera Silnego.
Tymczasem Żuławski zrobił film, który nie dość, że oddaje absurd języka, którymi posługują się bohaterowie Masłowskiej, ale też uświadamia, że te postacie to nie sąsiad z przeciwka czy kolega z podstawówki. Silny to ja.
Pierwszy raz oglądając polski film nie miałam wrażenia, że pomiędzy mną a bohaterami jest ściana, że ja jestem w jakiś sposób o nich lepsza, bo należę do innej klasy. Tak, myślę, że to jest ważne w tym filmie, że zostaje przełamane wygodne, bezpieczne poczucie bycia odrębną klasą. Masłowska w trakcie filmu stwarza swojego bohatera, on jest wykwitem jej wyobraźni, jest częścią osobowości, która próbuje walczyć o swoje istnienie.
Świetne są sceny, w których Silny zdaje sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak, że jest częścią jakiejś większej układanki, której nie może poddać kontroli. Kiedy pyta: po co istnieję? Kiedy zaczyna się niepokoić kobiecym głosem (masłowskiej), który podpowiada mu kwestie.
Wszyscy mówią polskie pulp fiction. Ten film ma ogromny potencjał, żeby stać się kultowym. Jest wypełniony scenami gotowymi do wycięcia i wstawienia w youtubie, do wklejenia na stronie z cytatami. Scena z uroczą satanistką, która w przypływie emocji wywołanych ulubioną piosenką lecącą z radia, wskakuje na kanapę i z rozwianym włosem i powiewającą białą firaną, która tworzy dla niej piękne tło, śpiewa, wygibując się na wszystkie strony a Silny podniecony rozwojem wydarzeń, aranżuje oświetlenie "sceny", pstrykając światłem tam i z powrotem ;)
I to jest bardzo nie w stylu polskich filmów. Także ogromna świadomość cytatów, kolejnych ujęć, które pojawiają się w sposób bardzo przemyślany, wciągający. Rozmowy między bohaterami, choć "masłowskie", trudne i chaotyczne, słucha się bardzo dobrze.
Jednocześnie ten film jest strasznie romantyczny jeżeli pamiętamy np. o Koterskim, albo o Wajdzie, Hasie?. Teksty Doroty brzmią w "Wojnie" bardzo romantycznie, razem z obrazem, wprowadzają rodzaj charakterystycznej poetyki, która przywołuje klimat klasyków polskiego kina, jakiejś melancholii, poczucia rozdrobnienia, niedopasowania, podwójnej rzeczywistości; jawy i snu, konfrontacji z marzeniem i jego natychmiastową destrukcją, brakiem przygotowania na spełnienie marzeń, brakiem wiary a jednocześnie nieustannej walki o nią...

Komentarze (0):
Prześlij komentarz
Subskrybuj Komentarze do posta [Atom]
<< Strona główna