niedziela, 23 września 2007

Tako rzecze Lupa

wziął Zaratustrę na warsztat Lupa i swoimi cierpliwymi palcami namotał długą historię. Tekst Niezstchego był mi wcześniej nie znany i tak jest do tej pory. Tak więc moja w tym była wina, że tak mi się momentami dłużyło.
A spektakl był podzielony na 3 części, podczas gdy mógł się skończyć właściwie w każdej chwili. Lupa przez pierwsze dwie siedział z tyłu sali i grał na bębnach, nadając rytm swoim artystom na scenie, tak jak Kantor kiedyś zaznaczał swoją obecność, tak tutaj reżyser również się pojawia. Nie tak ostentacyjnie, nie staje się odnośnikiem, nie mówi się tak bezpośrednio; teraz, jesteś w moich snach. Jednakże sama świadomość jest kolejnym nawiasem, oprócz wielu nawiasów, które w sytuacji oglądania przedstawienia teatralnego występują w dużych ilościach. A najbardziej z nich wszystkich przeszkadzał mi brak wykorzystania bliskości widzów, przy tak emocjonalnym, w gruncie rzeczy życiowym temacie sztuki, byłoby to mocne!
Zaratustra występuje w trzech postaciach, spośród których ta w wykonaniu Globisza nadaje jej charakter jakiś farsowy, Globisz gra Fritza/Nietzschego jak rolę komediową, co stoi w dużym kontraście z dwoma wcześniejszymi, uduchowionymi wcieleniami. Jedno brodate, przypominające M. P. Markowskiego, mogłabym przysiąc że brat bliźniak, bo okulary miałam za słabe okazało się kiedy zbliżył i wygłaszał w moją twarz monolog o braku reakcji ludzi na słowa jego, Zaratustry, na to miałam ochotę wstać i przejść się po scenie, zacząć się śmiać, lub cokolwiek. lecz nic takiego się nie stało, bo dobre wychowanie (czyli de facto niech sobie mówi, będzie mu przykro jak przerwę, pomyli się e.t.c) i rodzice u boku sprawiły to.
I co jeszcze...po pierwszej przerwie pomyślałam, że przerwy są beznadziejne, bo wytrącają i ciężko się wczuć z powrotem...
nie prawda druga część była najciekawsza. pojawił się papież jan paweł II (bardzo podziwiam i podoba mi się, i gratuluję odwagi, w pokazywaniu papieża w tak dwuznaczny sposób, niczym jakaś figura lynchowska, a może nawet z archiwum x...
zmęczony papież ze swoim jak ja to odczytałam wnętrzem (nagim człowiekiem) leżącym za nim z tyłu, na czymś pomiędzy metalowym wózeczkiem, a inkubatorem, z przylepionymi do ciała pijawkami (wierni).
Zmęczony papież z ręką błogosławiącą, zawsze błogosławiący, uwodzący tą ręką, podnoszącą się i opadającą.
I poniosło nas w drugiej przerwie, podekscytowani omawialiśmy wszystko co się działo.
Z niecierpliwością oczekiwaliśmy ostatniej części, na której o mało nie zasnęłam.
Była o Zaratustrze, który wraca do domu, a właściwie o Niezstche chorym psychicznie, którym opiekują się siostra i matka, i ta niechęć Fritza, i jego znudzenie światem, i
jakby wyłączenie z niego, miało się chyba udzielić oglądającym....
to była w końcu 5 godzina spędzona na starowiślnej....

czwartek, 20 września 2007

ważne i zaangażowane

Katyń i Korowód o lustracji.
Wajda i Stuhr.
Mamy tylko problemy publiczne.
A co z nami, tak w środku?

środa, 12 września 2007

Próba buntu

Czy to co się dzieje w Rosji w jakiś sposób wpływa na nasze codzienne życie? Spektakl Putina, jak określają komentatorzy życie polityczne w tym kraju, pojawia się w polskich mediach od czasu do czasu. Wtedy zaczynamy się zastanawiać co tam się dzieje. Denerwuje nas to, jesteśmy zszokowani, że cały świat się na to zgadza, a europejscy politycy nie mają problemów z dogadywaniem się z carem Putinem. Najsmutniejsze sceny w filmie "Bunt. Sprawa Litwinienki" to właśnie migawki z ujęć "na szczytach władzy". Uśmiechy, przejazdy z Elżbietą II, uściski dłoni z Georgem Bushem. W kontekście opowieści Litwinienki o buncie kilku oficerów służb specjalnych, ich krok wydaje się być gestem nie wiele znaczącym.
Ta refleksja wydaje mi się najważniejsza. Jaki sens niosą nasze działania w obliczu wielkiej polityki? Pojedynczość, indywidualność przegrywa tutaj z grupą ludzi zaangażowanych w podtrzymywanie systemu putinowskiego, co jest zasygnalizowane w filmie. Nie można przesadnie demonizować roli Putina. W końcu został wyniesiony do władzy dzięki rosyjskim oligarchom, tzw. rodziny kremlowskiej.
Litwinienko, który razem ze swoimi kolegami z FSB spróbował się zbuntować przeciwko nim, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, jak silna będzie reakcja na to.
Wydaje się, że głosy Litwinienki, Anny Politkowskiej, całej opozycji anty-putinowskiej, próbującej zachwiać posadami Kremlu, gdzieś znikają, kiedy przychodzi do podejmowania istotnych politycznych decyzji. To jest bardzo dołujące. Oglądając ten film miałam wrażenie, że Putin i jego krytycy funkcjonują na dwóch różnych poziomach, tzn. decyzje podejmowane przez prezydenta mają szeroki zasięg i oddziaływanie, a głosy opozycji, choć nagłaśniane przez zagraniczne media po jakimś czasie wygasają, stają się niewidzialne, nieaktualne, tak jakby były skandalem z udziałem celebrity i dotyczyły jazdy po pijanemu.
Odnośnie tego filmu pojawia się również rozdźwięk pomiędzy formą, a treścią. Przekaz filmu jest bardzo istotny, takie filmy są potrzebne, ale rażą nieco takie działania, jak zbyt często, zbyt nachalnie pojawiająca się postać reżysera, a także przeprowadzanie wywodów w sposób niejasny, umownie przeskakując pewne fakty.
Ciekawe jest też to, że jedynie w Polsce ten film jest wyświetlany w kinach. Reszta Europy nie jest zainteresowana podjęciem tego tematu. Dlaczego?

środa, 5 września 2007

Niesamowicie

Jak się romantycznie zrobiło - powiedziała w 1989 roku Maria Janion, komentując w ten sposób ten specyficzny okres. Jak pisze w swojej książce "Niesamowita Słowiańszczyzna" myślała, że to jest jednocześnie apogeum jak i koniec epoki romantycznej. Niestety jeszcze długo się ona ciągnęła.
Janion ciekawie łączy przeszłość z teraźniejszością, bez ulegania pokusy dosłownego, prostego przełożenia. Jak w ultrafiolecie, pokazuje linki, które gdzieś tam się łączą, a gdzie indziej plączą, tak że nie możliwa staje się odpowiedź.
Nie ma oskarżeń, tylko analiza sygnałów, które mówią np. o ukrytym, nieintencjonalnym "orientalizowaniu" wschodu przez Kapuścińskiego.
Odwołując się do krytyki postkolonialnej E. Saida, który mówił o konstruowaniu opozycji przez kolonizatorów i post -, gdzie racjonalizm, intelektualizm itd. Zachodu przeciwstawia mistyczności i dzikości Wschodu. Podobne mechanizmy odsłania u Kapuścińskiego Janion. Jest to o tyle ciekawe, że po jego śmierci stał się niemal idealnym autorem dla wszystkich. Wszędzie pojawiały się bezkrytyczne analizy jego twórczości. Bo czasem, wydaje mi się, że w Polsce, krytykę rozumie się jako zbeszczeszczenie, wykluczenie i zrównanie z poziomem gruntu.
Rzadko też tzw. "wielcy" wchodzą ze sobą dialog, każdy mówi po swojemu, do swoich, a czasem do tych samych, lecz niewiele jest przypadków kiedy odnoszą się oni do swoich koleżanek/kolegów.
W każdym razie polecam. Bardzo inspirująca książka.

wtorek, 4 września 2007

Plastic People of the Universe

Wczoraj Havel na Wawelu był strasznie zmęczony, nie wiem czy to związane było z chorobami, które go ciągle nękają, czy po prostu nagromadzenie spotkań i bycie gwiazdą numer 1 tych dni w Krakowie tak go wyczerpało. Na konferencji każdą wypowiedzią podtrzymywał to, że znalazł się na Hradzie jakimś wyjątkowym przypadkiem, który przede wszystkim dla niego był dużym zaskoczeniem. Potem jakoś ciągnął tą swoją rolę, próbując być po prostu dobrym prezydentem. Ale w świecie polityki, który rządzi się swoistymi prawami, jego postawa jest oryginalna i nie pasuje do strategii, jaką wybiera większość: mówię tutaj np. o problemie jednolitego wizerunku, który wydaje mi się być podstawą do tego, by polityk odniósł sukces. W Polsce ten problem dobrze widać na przykładzie Platformy Obywatelskiej, która poprzez rozwarstwienie ideologiczne wewnątrz partii i brak jednoznacznych postulatów, traci w sondażach wobec dosłownego, dookreślonego i skończonego PiSu.
Havel przez zagranicę podziwiany, jednocześnie był prezydentem, którego Czasu niezbyt dobrze wspominają. To wiązało się z oczekiwaniami wobec polityków, które wszędzie są takie same. Mają być przewodnikami, mają wiedzieć, jeżeli my nie wiemy, mają znać rozwiązanie. A Havel często mówił nie wiem.
Ciekawe w tym kontekście jest spojrzenie samego Vaclava na Polskę, którą on znowu darzy sympatią i idealizuje podobnie jak my w odwrotną stronę.
To, co dla nas wydaje się być balastem, czyli ogromny wpływ kościoła katolickiego, chorobliwe przywiązanie do tradycji, przez niego, z perspektywy czeskiej było widziane jako coś wyjątkowego, coś czego Czesi nie mają, a przydałoby im się to, bo może....może łatwiej byłoby żyć?
Wieczorem w siedzibie Znaku zagrali Plastic People of the Universe, kultowy czeski zespół, przyjaciele Havla, opozycjoniści, starsi rockerzy, z historią na plecach.
A tu proszę macie Havla do obejrzenia z Plastic P.o.T.U.

niedziela, 2 września 2007

Polak czyżby katolik?

A właśnie, że tak. Ale jaki, oto jest pytanie. Według Europejskich Badań nad Wartościami Polska jest dopiero na szóstym miejscu, jeżeli chodzi o religijność. Jesteśmy za takimi krajami jak Rumunia, Węgry, Bułgaria, co może nie zadziwia, ale również za Islandią, co zastanawia.
Polecam artykuł o ludowości katolicyzmu polskiego, który odpowiada na pytania przeróżne, m.in. dlaczego machanie polską flagą jest ok. w Polsce niezależnie od okoliczności i czy można wierzyć w telepatię i boga jednocześnie...

http://www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=208&year=2006&nrw=115&art=78

sobota, 1 września 2007

choćby jedno zdanie

Czasami warto coś zmienić i nie planować wszystkiego dokładnie tylko próbować nowych rzeczy, a one zaowocują czymś na pewno...
Idę w poniedziałek na konferencję z Vaclavem Havlem, pt. "Havel na Wawel" (jak na krakowskie standardy to całkiem dowcipny tytuł). W każdym razie muszę się przygotować ex - presidento kraju pięknego bez morza wydał książkę (Tylko krótko, proszę) i trochę dramatów (politycznych przede wszystkim) więc, przydałoby się to odświeżyć. Nie mogę się doczekać.